
<Lechu 18.11.2007, 23:04:26> trzeba by coś na bloga napisać boś mi wczoraj o jego istnieniu przypomniał
No tak… to wiele tłumaczy. A zatem wracamy. Do pisania? Nie… raczej do starej, dobrej przedwakacyjnej formy kiedy to wpisy pojawiały się raz na dwa – trzy miesiące. Ale nie o tym chciałem.
Jako że od jakiegoś czasu, sam już nawet nie pamiętam od kiedy, moje autko stoi u mechanika standardowo czekając na części (novum – tym razem ściągane już nie ze stolycy jak kiedyś a zza granicy, z Niemiec dokładniej rzecz biorąc – OMG) ponownie zmuszony zostałem do przemieszczania się po Krakowie za sprawą komunikacji ino wiejskiej. Punktualnej i nie zawodnej jak zawsze… n/c. Gorsza sprawa że chcąc nie chcąc, a właściwie to nie chcąc, zmuszony zostałem do stania się (nie)szczęśliwym posiadaczem KKM, w skrócie zwanej Krakowską Kartą Miejską. Projekt współfinansowany przez Unię Europejską zastępujący zwykłe miesięczne karty, jedną imienną z możliwością doładowywania, bla, bla, bla… Pomysł może i ciekawy w założeniu mający ułatwić i uprzyjemnić życie mieszkańcom. Ale jak to zwykle bywa w tego typu przedsięwzięciach miał być hit a wyszedł shit. KKM doładować można zarówno w normalnych punktach obsługi MPK jak i w porozrzucanych bez ładu i składu po mieście automatach. Tak się bowiem składa że na niespełna 50 automatów, ok. połowa z nich znajduje się w samym centrum miasta. Rewelacja, zwłaszcza jeżeli ktoś mieszka na obrzeżach. Drugim kwiatkiem jest to że aby doładować KKM musimy ją mieć przy sobie. Odkrywcze, wiem. Tym samym odpada jednak możliwość poproszenia kogoś z domowników o doładowanie „przy okazji” tego plastikowego szmelcu, jeżeli sami w tym czasie musimy coś gdzieś załatwić a nie chcemy wydać majątku na bilety. Trzecim kwiatkiem, a konkretniej rzecz biorąc prawdziwą różyczką jest to że KKM nie przewiduje informowania właściciela o terminie ważności. Ze starymi kartami nie było problemu. Jeżeli nie wiedziałem do kiedy jest ważna, wyciągałem ją z portfela i patrzyłem na wydrukowaną nań datę. W przypadku KKM można sobie co najwyżej pooglądać własne nazwisko, bowiem data ważności znajduje się na… paragonie. Tak, paragonie! Zwykłym świstku papieru będącym potwierdzeniem przedłużenia ważności karty. Genialne, prawda? No dobra ale co jeżeli takowy paragon gdzieś się zapodzieje, albo ze zwykłego roztargnienia wyrzucimy go wraz z innymi zalegającymi śmieciami w portfelu bądź kieszeni? Nic straconego, zawsze można bowiem wsiąść w (jak zwykle spóźniony zresztą) tramwaj bądź autobus i podjechać do jednego z blisko pięćdziesięciu automatów i tam sprawdzić. Bosko… Jako że mieszkam niedaleko centrum, najbliższy takowy automat mam jedynie trzy przystanki od miejsca zamieszkania. Z nowego rozwiązania z pewnością bardziej zadowoleni zatem będą mieszkający na obrzeżach miasta. Jakby tego było mało coraz to kolejne punkty MPK z miesiąca na miesiąc zaprzestają sprzedaży normalnych kart, zamieniając je właśnie na KKM. I tak się tylko zastanawiam jak to jest ze ilekroć ktoś w naszym kraju postanowi coś zmienić na lepsze, łatwiejsze, szybsze i wygodniejsze, zawsze wychodzi z tego babol? Bo jakoś tak odnoszę nieodparte wrażenie że twórcy tego iście przełomowego rozwiązania myślą tym czym ja na co dzień oddaje kał wprost do muszli klozetowej. Na osłodę można jedynie dodać że część kanarów nadal nie dorobiła się jeszcze czytników KKM. Niech zatem ta specyficzna forma autoironii ze strony MPK mówi sama za siebie.